Diamenty – bajka ludzi gwiazd

Był sobie chłopiec. Właściwie nie chłopiec, lecz młody mężczyzna o imieniu Ler. Należał do starego ludu pustyni. Zakochał się w nieco starszej koleżance z pobliskiej osady. Była bardzo piękna. Miała brązową skórę, brązowe kręcone włosy i ciemnoniebieskie oczy. Była niska, szczupła, silna, poruszała się z niebywałą gracją i wspaniale tańczyła. Jej śmiech, wysoki, niepowtarzalny i zaraźliwy, powodował, że inni natychmiast zaczynali się śmiać. Nawet największe ponuraki przynajmniej się uśmiechały, gdy Liwia się śmiała – bo tak miała na imię. Liwia lubiła się śmiać i robiła to często, a to powodowało, że wszyscy wokół niej czuli się szczęśliwsi. Miała jeszcze dwie siostry, też bardzo piękne, ale dla Lera istniała tylko Liwia. Ojciec dziewczyny bardzo kochał swoje córki i chciał, aby miały przyjemne życie i dlatego chciał wydać je za mąż za zamożnych mężczyzn. Na pustyni, nawet w oazach, życie nie było łatwe. Wszyscy ciężko pracowali nawadniając pola, uprawiając rośliny i hodując kury i kozy. Tylko najzamożniejszych było stać na to, aby na polu pracowali za nich inni. Byli też nieliczni „uzdolnieni”, którzy byli prawdziwą elitą tych społeczności. Większość mieszkańców osad pustyni miało „zdolności”, ale niewielu było wybitnymi telepatami, telekinetykami, lewitantami. Tylko kilku z nich miało kamienie, wzmacniające ich zdolności i powodujące, że życie całej społeczności było łatwiejsze i bezpieczniejsze.

Ojciec Liwi zaakceptowałby narzeczonego dla córek, który byłby zamożny lub wybitnie uzdolniony. Ler nie był ani jednym, ani drugim. Miał jednak pomysł na to, aby stać się bogaty. W społecznościach oaz nikt nie zajmował się poszukiwaniem i wydobyciem cennych kamieni. Ler chciał się zająć właśnie tym, bo sprzedaż kamieni mogła zapewnić mu warunki na zgodę na małżeństwo z Liwią.

Przeczytał wszystkie książki w bibliotece, dotyczące kamieni, ich mocy i tego, gdzie i jak ich szukać. W pobliżu osady znajdowało się niewielkie, kamieniste wzgórze, które dawało Lerowi największe nadzieje na wydobycie cennych kamieni. Obok wzgórza znajdowało się spore zagłębienie, wypłukane przez rzekę, która tworzyła się po rzadkich ulewach. Po deszczach w niecce tworzyło się urokliwe jeziorko otoczone kamieniami i roślinnością, która korzystała z sezonowej obfitości wody w tym miejscu.

Właśnie to było ulubione miejsce spotkań Lera i Liwii. Wieczorem był tutaj przyjemny cień rzucany przez wzgórze. Chłopiec po całym dniu pracy w ogrodzie, przychodził, aby przez kilka godzin pozostałych do zachodu słońca przekopywać wzgórze, przerzucać głazy i kamienie, przesiewać piasek. Każdego dnia Ler bardzo ciężko pracował w upale i kurzu wtedy, gdy inni odpoczywali i jedli kolację z rodziną. Po zachodzie słońca, schodził na dół i na brzegu suchego zwykle jeziorka, czekał w cieniu wzgórza, pod drzewami na Liwię. Potem mieli dla siebie trochę czasu w gęstniejącym mroku, obserwując pojawiające się gwiazdy, a czasem czerwonowschodzący księżyc, który wznosząc się stawał się pomarańczowy, żółty, a w końcu srebrno-szary.

Potem wracali razem do osady i rozstawali się pod Liwii domem. Rodzina Liwii wiedziała o tych spotkaniach i ich miłości, ale nie zmieniało to postanowień taty dziewczyny.

Mijały tygodnie, ale Ler nie znalazł cennych kamieni. To znaczy, właściwie znalazł jeden, duży zielony kamień, który przez wiele tygodni dawał mu nadzieję i dodawał sił. Jednak, mimo przerzucenia i przesilania ton piasku i żwiru na wzgórzu żadnego więcej nie znalazł. Zrezygnowany i wyczerpany, zdecydował się go sprzedać. Okazało się, że kamień zgubił, ponad 20 lat temu, sędziwy mieszkaniec sąsiedniej osady. Kamień był bardzo cenny i Ler dostał za jego znalezienie wysoką nagrodę w srebrze. Otrzymanego srebra nie było jednak, na tyle dużo, aby mógł zdobyć rękę Liwii. Jednocześnie, to że okazało się, że kamień nie pochodził ze wzgórza, rozwiało jego nadzieje, na to, że jeszcze coś tam znajdzie. Poddał się, posmutniał, zrezygnował. Przestał kopać. Jednocześnie, pojawił się kandydat do małżeństwa z Liwią, spełniający oczekiwania jej ojca. Dziewczyna ubłagała tatę, aby odwlókł o kilka tygodni odpowiedź. Czas jednak się kończył. Liwia codziennie spotykała się z Lerem nad jeziorkiem, które wypełniło się wodą po ostatnich ulewach. Zieleń wokół jeziorka stała się bujna, kwitły kwiaty i przychodziły zwierzęta. Ulewy spowodowały, że kopanie we wzgórzu stało się zbyt niebezpieczne, bo groziło osunięciem się ziemi i kamieni. Oboje spędzali zatem razem każdą chwilę od zakończenia pracy, aż do nocy. Śmiech Liwii odbijał się od kamieni wzgórza i niósł daleko po pustyni. Szczęście płynące z tego śmiechu, rozchodziło się wokół, jak kręgi na wodzie po wrzuceniu kamienia. Śmiali się oboje, a potem płakali w milczeniu, przytuleni do siebie, wpatrując się w gwiazdy odbijające się w wodzie jeziorka. Rozgwieżdżone niebo było nad nimi i pod nimi.

Nadszedł jednak dzień, gdy ojciec Liwii udzielił pozytywnej odpowiedzi kandydatowi na męża dziewczyny. Umowa nie była wiążąca do czasu wpłacenia posagu dziewczyny, ale Liwia nie mogła już przychodzić nad jeziorko na spotkania z Lerem. Ler przychodził tam nadal codziennie, w nadziei, że Liwia jednak przyjdzie, ale nie przychodziła. Woda wyschła i gwiazdy nie miały, już lustra, w którym mogłyby się przeglądać. Taflę jeziora zastąpił żwir, piach i wyschnięte, popękane błoto. Rośliny rosnące wokół przekwitły i zszarzały. Ler nie mógł spać i pewnego razu był tak smutny, że przesiedział nad wyschniętym jeziorkiem całą noc. Pierwszy raz oglądał tutaj wschód słońca. Jasne poranne, światło oświetlało wzgórze i dno wyschniętego jeziorka. Ler, nadal siedział nad jego brzegiem, wpatrując się w wyschnięte dno i wspominając chwile, gdy siedział tu z Liwią i oglądał gwiazdy odbijające się w tafli wody. A śmiech Liwii toczył się po wodzie i otaczającej ich pustyni.

Wspomnienia, jak gwiazdy migotały wśród żwiru i zaschniętego błota. Po pewnym czasie Ler, wrócił niechętnie do otaczającej go rzeczywistości. Dno jeziora, nadal się miejscami iskrzyło, jakby tam utknęły gwiazdy. Ler zerwał się z brzegu i zbiegł na dno, wzniecając tumany kurzu i deszcz kamieni. Migotanie jednak znikło. Wdrapał się z powrotem na brzeg i usiadł na kamieniu, na którym spędził całą noc. Iskrzenie nadal było stąd widoczne. Ler zapamiętał kilka takich miejsc i tym razem ostrożnie zszedł na dół, starając się nie wywołać lawiny kamieni. W pierwszym zapamiętanym miejscu, z bliska zobaczył tylko zaschnięte błoto. Kucnął i spróbował je rozkruszyć patykiem, ale było twarde, jak kamień. Zaczął je kruszyć podłużnym kamieniem i błoto zaczęło ustępować i kruszyć się. Przeglądał grudki błota, szukając migotania. Ponownie pomógł mu blask słońca, bo gdy zaczął oglądać grudki pod światło, zobaczył tęczowe błyski. Zacisnął pięść i wspiął się na brzeg. Znalazł swoją butelkę z wodą, rozwarł pięść i wysypał ostrożnie grudki na płaski kamień. Polał je potem wodą i zaczął ostrożnie rozcierać. Znalazł kilka niedużych kamieni, przypominających bezbarwny kwarc lub szkło. Już nie czuł zmęczenia, nie czuł upału i nie czuł smutku. Czuł ekscytację i nadzieję. Wiedział, że znalezione kamienie mogły być diamentami. Nigdy ich nie widział i nikt w osadzie ich nie widział, ale czytał o nich i widział stare, spłowiałe ilustracje. Wiedział, że charakterystyczne jest dla diamentów to, że są niezwykle twarde – najtwardsze. Zaczął sprawdzać, czy znalezione kamienie rysują szkło, a gdy okazało się, że tak, poczuł jak jego serce wali mocno i wysoko w klatce piersiowej, jakby miałby się nim zadławić.

Wyciągnął łopatę i zabrał się za przeszukiwanie dna jeziora. Diamentów było mnóstwo – niektóre maleńkie jak ziarnko piasku, ale niektóre jak paznokieć jego kciuka, wiele, jak ziarenko gorczycy. Późnym popołudniem, Ler słaniał się ze zmęczenia – był wyczerpany po całym dniu kopania, po nieprzespanej nocy i nieprzespanych poprzednich. Odpoczął i z trudem wrócił do domu. Był brudny i zakurzony, więc umył się, przebrał i usiadł do kolacji z rodzicami i rodzeństwem. Bracia i siostry byli ciekawi, gdzie był w nocy, ale powiedział im tylko, że był na wzgórzu. Po kolacji, opowiedział swoim rodzicom o znalezisku i pokazał im kamienie. Jego tata wziął jeden i wyszedł, aby udać się do sąsiedniej osady i potwierdzić, że znalezione kamienie to diamenty. Nie było go całą noc. Ler myślał, że nie zaśnie, czekając na powrót swojego taty. Mylił się – zasnął, w momencie, gdy głową dotknął poduszki. Tata obudził go już rano, a jego uśmiech świadczył o tym, że wiadomości są dobre. Wyjaśnił, że znajomy do którego poszedł potwierdził, że to diamenty, do tego bardzo cenne, prawdopodobnie. Diamenty były bardzo cenione, zarówno, jako ozdoby, jak wzmacniacze „zdolności”. Były bardzo uniwersalne i bardzo poszukiwane przez wszystkie ludy świata. Cena tylko tego jednego w srebrze był ogromna. Oczywiście, trzeba było znaleźć kupca, ale tym zajmie się siatka telepatów, bo poszukiwanie kamieni dla „uzdolnionych” była niezwykle ważne chyba we wszystkich społecznościach.

Tego samego dnia, rodzice Lera, udali się w odwiedziny do rodziców Liwii, aby złożyć ofertę małżeństwa. Prosili, aby zaczekał na nich w domu, ale nie był w stanie czekać tutaj i czekał na nich pod domem Liwii. Nie doczekał się ich wyjścia, bo z domu wypadła rozpromieniona Liwia, chcąca pobiec do Lera z najlepszą wiadomością w życiu. Ojciec Liwii z ulgą i radością powiadomił ją, o ofercie małżeństwa z Lerem. Trzymając się za ręce poszli w miejsce swoich spotkań – nad jeziorko, które od tamtej pory nazywa się jeziorem gwiazd i jest dla naszego ludu miejscem właściwie świętym.

Oczywiście, od dawna nie ma tam diamentów – wszystkie zostały wydobyte z niego, z zasilającej go tymczasowej rzeki i piasków otaczającej go pustyni. Większość mieszkańców osad Lera, Liwi i wszystkich pobliskich zostali poszukiwaczami diamentów, tworząc lud gwiazd.