Kamienie księżycowe – bajka ludzi księżyca

Dawno, dawno temu wśród północnych stepów i torfowisk, żyła społeczność w kilku bliskich sobie osadach. Osad było kilka, ale szamanka była tylko jedna. Utalentowana, niezwykła i wyjątkowa. Miała śniadą skórę, niebieskie oczy i rudo-brązowe włosy, była niziutka (nawet, jak na ludzi stepu), silna i muskularna. Manda.

Jej rodzina żyła od pokoleń w tej osadzie. Podobno w przeszłości pojawiały się w tej rodzinie utalentowane kobiety, ale zwykle nie miały swojego kamienia. Ludzie stepu podróżowali tylko konno (nie korzystali z lataczy), a to bardzo ograniczało ich obszar poszukiwań, w tych rzadkich przypadkach, gdy ktoś się zdecydował szukać swojego kamienia. Dlatego rzadko je znajdowano.

Maged była dość skryta, uprzejma, ale gdy już zaczęła się śmiać poznawało się inną stronę jej natury. Mieszkała na uboczu. Zbierała zioła, rozmawiała z drzewami i ptakami, opiekowała się chorymi zwierzętami i nie jadła mięsa. Aczkolwiek, w zimnej porze roku, która była tam znacznie dłuższa od ciepłej, nosiła białe futro jakiegoś nieznanego zwierzęcia. Właściwie miała cały strój z tego przepięknego, puszystego futra. Kurtka z kapturem była odwrócona futrem do wewnątrz. Taką też miała pelerynę, buty i rękawice. Jednak czapka i spodnie miały futerko na zewnątrz. Nawet plecak miała z tego białego futerka. Na śniegu, z daleka lub gdy zastygła bez ruchu, była niewidoczna.

Mieszkańcy wsi spekulowali, że może to futro niedźwiedzia polarnego, białych fok, kozic, lisów polarnych, pum nouovo, norek, łasiczek lub lemingów. Jednak większość ludzi z okolicznych osad wierzyła, że to ćmy. Niedorzeczne? Ten pomysł miał swoje żródło.

Maged leczyła. Leczyła zarówno ludzi, jak zwierzęta, zarówno latem, jak zimą. Nigdy nie odmawiała pomocy. Leczyła śpiewem, bębnem, na którym wybijała jednostajny rytm przez wiele godzin, dziwnymi obrządkami, ziołami, grzybami, mchami, porostami, pajęczynami, wywarami, kamieniami, amuletami i ćmami. Ćmami! I w tej kwestii, jak sama twierdziła nie wiedziała jak. Ale wiedziała kiedy – tylko w czasie pełni księżyca przylatywały jej ćmy, ale leczyć choroby.

Jeżeli ktoś poważnie chorował, był leczony i pielęgnowany, ale nie wracał do zdrowia, wtedy czekał razem z szamanką na pełnię księżyca. Wtedy nocą Maged tworzyła magiczny krąg, w którym umieszczała chorego. Potem piła magiczny wywar z muchomora czerwonego i waliła w bęben. A kiedy konstelacja Kasjopei, przypominająca rozciągniętą literę W, zajmowała właściwe miejsce na niebie zaczynała krzyczeć. Krzyk był bardzo głośny, wibrujący i trwał długo. Szamanka potrafiła go wyśpiewać tylko w transie, wywołanym trującymi grzybami. Potem pojawiały się one. Przybywały na wezwanie, nieśpiesznie uderzając delikatnymi skrzydełkami. Ćmy. Dość duże, białe, pokryte delikatnym meszkiem, czy futerkiem. Ich białe, duże czułki, wyglądały jak pędy paproci pokryte szronem. Oczy miały czerwone. Były piękne i dziwne. Często przybywała tylko jedna, czasem kilka, bardzo rzadko licznie. Ćmy bez żadnych dodatkowych zabiegów siadały na chorej części lub częściach ciała pacjenta. A Maged dalej uderzała w bęben.

Po pewnym czasie ćmy zmieniały kolor – z białych stawały się brązowe, szare, czerwone, brązowe lub czarne. Potem odlatywały o świcie, zabierając ze sobą choroby. A pacjenci, gdy przychodził ranek byli zdrowi. Zdrowi, ale zwykle byli słabi i potrzebowali kilku dni, aby wrócić do codziennych aktywności.

To był cud. Za każdym razem. Jednak ludzie, jak to ludzie szybko dobre rzeczy zaczynają uważać za oczywiste i należne.

W jednej z osad Starszym wsi był Dermag. Silny i uparty przywódca wioski. Miał sprawny umysł i z łatwością wpływał na mieszkańców swojej osady, ale też Starszych innych osad. To pozwoliło zrealizować wspólnie kilka dużych przedsięwzięć: system przesyłania wiadomości i drobnych przedmiotów, spotkania mieszkańców, doprowadzenie wody i odprowadzanie ścieków w osadach, usprawnił handel, rozstrzygnął kilka sporów trwających od lat lub pokoleń. Był naprawdę wielkim przywódcą. Był stary, a z czasem stał się bardzo stary. Gdy chorował, Maged za każdym razem go uleczała, w taki lub inny sposób. Coraz częściej jednak, Maged, musiała wzywać ćmy, aby mógł wyzdrowieć.

Pewnego razu, gdy została wezwana do chorego Dermaga, popatrzyła poważnie od progu na leżącego mężczyznę. Był wychudzony, oczy miał zapadnięte i błyszczące, a skórę poszarzałą. Żona i jeden z synów siedzieli, przy jego łóżku, a żona trzymała jego wychudzoną dłoń. Szamanka podeszła cicho do łóżka i usiadła na przygotowanym stołeczku. Dermag wyrwał swoją dłoń z dłoni żony i chwycił Maged za nadgarstek – kurczowo i bardzo mocno.

– Pomóż mi. Ulecz mnie. Wezwij ćmy. Jest pełnia.

– Nie, Dermag. Ćmy już Ci nie pomogą. Już pora. Nie bój się, odprowadzę Cię za krawędź.

– Nie! Nie jest pora! Chcę wyzdrowieć!

Maged spokojnie tłumaczyła mężczyźnie, opowiadała o rozstaniu z życiem, jako cudownym momencie spokoju i wolności. Opowiadała mu o tym, jak wśród rozgwieżdżonej nocy będzie mknął, jak srebrna ćma wśród innych srebrnych ciem, jak gwiazda wśród innych gwiazd, ku świetlistemu, owalnemu wejściu. Opowiadała, o tym, że po wejściu znajdzie się u podstawy nieprawdopodobnie jasnej, dużej przestrzeni w kształcie jajka. Wraz z innymi podróżnikami będzie się wspinał w górę po jego ścianach. Już nie będzie iskrą, gwiazdką, ćmą, ale maleńką, tęczową bańką mydlaną. Wszystkie te istnienia są szczęśliwe, radosne, wolne, a jajo jest wypełnione ich świerkaniem lub śpiewem. Ten chór przypomina radosny śmiech dzieci, bawiących się latem w strumieniu.

– Wezwij ćmy, wiedźmo! Chcę zostać tutaj! – Zachrypiał starzec. – Wezwij ćmy. Inaczej moi synowie zmuszą Cię do tego.

Na tę pogróżkę Maged wstała. Wstał też syn Starszego i stanął w drzwiach, zagradzając szamance wyjście. Żona Dermaga w napięciu prosiła go, aby się uspokoił.

– Wypuść mnie. – spokojnie powiedziała Maged patrząc w oczy syna Dermaga.

– Nie.

– Nie rozumiecie, czego chcecie. Ćmy już nie pomogą Twojemu ojcu. To duchowe istoty, których natury nawet ja nie rozumiem. Wiem jednak, że nie mogę ich wzywać do ludzi, którzy sami stają się już ćmami. – Wezwij je. – Proszę. Nie zmuszajcie mnie do tego.

– Wezwij je. Szamanka zrezygnowana sięgnęła po bęben.

– Wynieście go na zewnątrz. – Powiedziała smutno.

Dermaga synowie wynieśli na zewnątrz w łóżku i postawili je na podwórzu. Żona okryła chorego kocami i poszła ubać się ciepło. Noc była zimna. W powietrzu czuło się mróz. Na szczęście noc była bezwietrzna. Księżyc świecił jasno na prawie bezchmurnym niebie. Był otoczony świetlistym nimbem, który powstawał, gdy wysoko w powietrzu unosiły się maleńkie kryształki lodu. Z podwórka widać było pagórkowaty step oświetlony szaro-srebrnym blaskiem księżyca. Dalekie góry wyglądały, jak czarne cienie widoczne na tle oświetlonych podłużnych obłoków i ciemnego nieba.

Szamanka przygotowywała obrzęd uzdrawiający. Nalała z butelki magiczny wywar do malutkiej czarki i wypiła krzywiąc się. Założyła na futro swoją pelerynę z czerwonymi znakami, symbolami i rysunkami. Gestem nakazała rodzinie odejść od łóżka i wyrysowała wokół okrąg – najpierw zaostrzoną laską, potem kredą, a na koniec czerwonym kamieniem zrobiła kilka znaków wewnątrz kręgu. Potem usiadła na skórze wewnątrz kręgu i zaczęła bić w bęben. Chory chyba zasnął. Kobieta długo wybijała jednostajny rytm, mamrocząc coś pod nosem, z czasem zaczęła coś nucić jednostajnym głosem. Z czasem jej śpiew stawał się coraz głośniejszy, a szamanka wstała. Nagle przerwała śpiew i zastygła bez ruchu. Wszyscy obserwujący wstrzymali oddech. Chory, którego obudził głośny śpiew podniósł się z trudem na łokciach i wpatrywał się w napięciu w szamankę. Ona tego jednak nie widziała. Stała z zamkniętymi oczami. Tylko on usłyszał, jak szeptem przeprosiła ćmy za to, że je wzywa. Przeprosiny wypowiedziała trzykrotnie i ukłoniła się w czterech kierunkach świata. Potem podniosła bęben i wyprostowała się. Otworzyła usta, z których wydobywał się wysoki, głośny, wibrujący, wznoszący się dźwięk. Wszyscy go znali i nazywali krzykiem, chociaż właściwie go nie przypominał. Urwała i znowu wezwała ćmy. I znowu. W świetle księżyca i trzymanych pochodni pojawiła się ćma. Wleciała do okręgu i zaczęła krążyć nad chorym. Potem pojawiła się druga, trzecia i kolejna. Wokół podwórka zaczęły latać setki i tysiące ciem. Potem było ich tak dużo, że nie było widać nieba. Wyglądały, jak wielkie białe płatki śniegu, które nie opadały na ziemię lecz wznosiły się, krążyły i zawracały chaotycznie.

Żadna z ciem nie usiadła na chorym mężczyźnie. A on wpatrzony w chmarę ciem krążących nad nim usiadł i wyciągnął ku nim wychudzone, duże dłonie. Nawet wtedy jednak ćmy zwinnie omijały wzniesione ramiona unikając dotykania ich. Mieniły się błękitnym światłem, które przypominało kolorowe skrzydła motyli, które można było spotkać w czasie krótkiego lata. Ćmy były jednak białe, trochę szare i srebrne w słabym świetle, ale wszędzie można było zobaczyć mieniący się, nieziemski błękit. A potem ta chmura ciem wzniosła się i rozprysła po niebie. Ćmy poszybowały w różnych kierunkach. Znowu można było zobaczyć niebo i jasny księżyc. Po dłuższej chwili z nieba zaczął padać grad. Na oczach obserwujących tę scenę ludzi, pojedyncze pozostałe nad podwórkiem ćmy zamieniły się w małe grudki i spadły na ziemię. Wszyscy, włączając szamankę schylili się, aby podnieść kamyczki. To nie był grad, lecz rzeczywiście różnej wielkości kamyki – biało-przejrzyste, szarawo-srebrne, mieniące się nieziemskim błękitem.

Łóżko chorego, podwórko, dachy domów i step były obsypane niezwykłymi kamieniami. Księżyc stał się jakby jeszcze jaśniejszy, większy i mocno oświetlał świat, wydobywając zewsząd błękitne błyski. Białe, magiczne ćmy znikły. Pozostały kamienie księżyców.